Ta sytuacja
z podwyżką spowodowała, że zacząłem się interesować odbyciem jakiegoś stażu za
granicą w ramach mojej firmy. W końcu jest to firma globalna i przydałaby się
jakaś wymiana wiedzy. Zwłaszcza, że cały wrzesień był w naszej firmie (a na
dodatek w naszym zespole) Francuz z biura w Paryżu, który też chyba przyjechał
tu, by się czegoś nauczyć. Jako, że słabo mówi po angielsku (jak to Francuz) to
mam duże wątpliwości czy się czegoś nauczył. Ale skoro Paryż płaci za hotel,
jedzenie i wypłaca mu diety – to czemu nie. Mam wrażenie, że całość diet
Francuz wydaje na alkohol. W końcu jest zesłany sam na daleki wschód Europy (a
może to już Azja?), więc zrozumiałe jest to, że topi smutki. Ale w czym? W
winie? Chyba nie – wyczuwam od niego wyraźną nutę mocnych trunków. Z resztą
Polska to wciąż kraj mocnych alkoholi – szkoda pieniędzy na wino.
W sumie
szkoda, że mało rozmawia po angielsku. Takie są czasy, że każdy obcokrajowiec
(nawet w Warszawie) to nadal dość egzotyczny widok i w sumie każdy jest miły i
uczynny w stosunku do takiej osoby.
Oczywiście
ze względu na znajomość języka najbardziej interesują mnie kraje anglojęzyczne.
Szefowa popiera moje chęci, ta dziewczyna z Zarządu (która ma chyba naprawdę
dobre zdanie na mój temat) też mnie popiera… Jednak okazuje się, że trzeba
czekać. Przy okazji wspominam, że chętnie nauczyłbym się czegoś jeszcze. Może
popracowałbym nad nieco innymi projektami z innymi Klientami. W każdym razie
jestem otwarty na propozycje.