poniedziałek, 16 stycznia 2006

Na wylocie...

Jestem już na wylocie. W sumie to cudowny okres, bo już właściwie niewiele Cię interesuje, nie musisz chodzić ani na wewnętrzne spotkania ani te z klientami. Masz czas na dłuższe pogaduszki przy obiedzie, na spacer do sklepu, możesz bezkarnie wyjść wcześniej z pracy. Jedyne co nadal trzeba robić to tu przychodzić.

Dziś rutyna została jednak przełamana. Sam Prezes poprosił mnie na rozmowę. Byłem tak zaskoczony, że na początku odjęło mi mowę, gdyż nigdy nie rozmawialiśmy sam na sam. W sumie nawet nie wiem czy wcześniej zauważał moją obecność. Ale to wielka korporacja, wielki Prezes, wielki świat… Podziękował mi za przepracowanych tu 6 lat i zaproponował, że może załatwić mi pracę u jednego z naszych klientów. Argumentem mnie przekonującym miało być: nic nie robienie. Tzn. usłyszałem, że wiele pracy tam nie ma i nie będę musiał wiele pracować. Tak to jest kiedy Wielki Prezes przez 6 lat nie wiedział jakie są moje potrzeby zawodowe, a w dniu rozmowy nawet nie dopytał mojej szefowej czy ten argument by mnie przekonał. Na tą chwilę mnie nie przekonuje. Od razu mam przed oczami Aferę Rywina i jakieś machlojki, w których zupełnie nie chcę brać udziału. Następnego dnia uprzejmie mu odmawiam.

EDIT 2020: Z perspektywy czasu trochę żałuję, że odrzuciłem tak fantastyczną, wręcz idealną propozycję pracy. Minęło 14 lat i oddałbym za taką posadę wszystko.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty